ASG Facebook Group |ASG Twitter |ASG Instagram |ASG Pinterest |ASG Flickr |ASG YouTube

Słodko jest umierać za Ojczyznę – historia Bernarda Świerczyny

“Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył - siedziałem na maszcie,
A gdy tonął - z okrętem poszedłem pod wodę...”

Juliusz Słowacki „Testament Mój”

Dnia 18 lipca 1940 roku 26-letni urzędnik i student prawa utracił swoją wolność i tożsamość. Od tej pory nie był to już Bernard Świerczyna, lecz numer 1393. Jedynym czego nie mógł zmienić lub zabić nazistowski reżim były jego patriotyzm i miłość do Polski...

Dzieciństwo i młodość

Bernard Swierczyna
Bernard Świerczyna

Bernard Świerczyna urodził się 23 lutego 1914 roku w Chropaczowie skąd pochodzili jego rodzice. Gdy miał 9 lat jego rodzina przeprowadziła się do Mysłowic do zabytkowej dziś kamienicy nazywanej powszechnie Bauverein, wybudowanej w latach 1914-1916. Bernard ukończył Państwowe Gimnazjum Męskie w Mysłowicach oraz kurs podchorążych rezerwy 26. Dywizji Piechoty w Skierniewicach. Po odbyciu służby podjął pracę w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim oraz rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Dnia 28 sierpnia 1939 r. poślubił Adelajdę Kierek pochodzącą z tej samej kamienicy oraz uczęszczającą do równorzędnej szkoły dla dziewcząt. Jednak wybuch II wojny światowej, który wydawał się nieunikniony, bezpowrotnie zmienił ich życie, gdyż w dniu ślubu Bernard miał już kartę mobilizacyjną i wiedział, że będzie musiał bronić Polski. W trakcie Kampanii Wrześniowej dotarł on aż do granic wschodnich, jednak inwazja sowiecka zmusiła go do odwrotu na zachód. Wpadł on wówczas w ręce Niemców i osadzony został w zniesławionym obozie jenieckim w Łambinowicach (Lamsdorf).

Dzięki wysiłkom swej żony oraz kolegów z pracy, którzy usilnie przekonywali, iż jego znajomość języka niemieckiego jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania ich urzędu, Bernard zwolniony został z obozu kilka miesięcy później. Jak podkreśla jego syn, żona i Polska stanowiły wartości najświętsze dla Ojca, który wkrótce zaangażował się w działalność ruchu oporu. Jak okazało się później, Boże Narodzenie 1939 roku oraz Nowy Rok 1940 były dla Bernarda i Adelajdy pierwszymi, a zarazem ostatnimi, które spędzili wspólnie jako małżeństwo, gdyż sytuacja, w której znalazł się Bernard była na tyle niebezpieczna, że musiał on uciekać z Mysłowic.

W obawie przed kolejnym aresztowaniem i represjami udał się do Krzeszowic, gdzie zatrzymał się u rodziny i znajomych oraz rozpoczął poszukiwanie pracy w urzędzie pocztowym w Krakowie, który został mu polecony. Niemniej jednak, jego priorytetem była opieka nad żoną, która spodziewała się dziecka. Tuż po wizycie Bernarda w biurze paszportowym w siedzibie Gestapo, która była niezbędna by uzyskać zgodę na legalne przekroczenie granicy między Generalnym Gubernatorstwem a Górnym Śląskiem, został on ponownie aresztowany i osadzony w więzieniu Montelupich. Jak mówi jego syn, Bernard szukał pomocy u swej koleżanki, z którą dorastał, a która pracowała wówczas w biurze paszportowym. Maria Pozimska nie tylko odmówiła mu tej pomocy, lecz również oświadczyła, że nie wróci on już do domu.

Prawdopodobną przyczyną jej postępowania był fakt, iż była ona niegdyś zakochana w Bernardzie, który wybrał Adę. Żona Bernarda udała się do Krakowa mając nadzieję na jego uwolnienie, jednak usłyszała od Marii Pozimskiej, że jeśli urodzi syna, to on zastąpi jej Bernarda, jednak Bernard już nigdy więcej do Mysłowic nie wróci. Adelajda opuściła jej mieszkanie w płaczu i rozpaczy bez pożegnania. Ostatecznie dnia 18 lipca 1940 roku Bernard został przewieziony do Auschwitz w drugim transporcie krakowskim 65 polskich więźniów politycznych. Jak mówi syn Felicjan, na widok napisu Arbeit macht frei (tzn. „praca czyni wolnym”) znajdującego się nad bramą obozową przychodzą mu na myśl słowa: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie…” widoczne przy bramie piekieł w „Boskiej Komedii” Dantego.

Odwaga w obliczu wroga

Ze względu na znakomitą znajomość języka niemieckiego Bernard został pisarzem w tzw. Bekleidungskammer, czyli magazynie odzieżowym mieszczącym się w Bloku 27. Ponadto, jako patriota całkowicie oddany Polsce szybko zaangażował się w działalność obozowego ruchu oporu i stał się jednym z jego najodważniejszych i najaktywniejszych członków. Jego najbardziej znanymi pseudonimami były „Benek” i „Maks”, ale warto jest wspomnieć, że nazywał on siebie również Zbirusz. Pochodzenie tego ostatniego pseudonimunie jest znane, jednak jak podejrzewa rodzina Bernarda, wymyślił go i używał, aby uhonorować swego przyjaciela i współwięźnia Zbigniewa Ruszczyńskiego, który został rozstrzelany w KL Auschwitz 25 stycznia 1943 roku. Przebywając w obozie Bernard był m.in. członkiem Związku Organizacji Wojskowej (ZOW) utworzonego przez rotmistrza Witolda Pileckiego, jednym z przywódców komórki Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) utworzonej przez pułkownika Kazimierza Rawicza, przywódcą Armii Krajowej (AK) oraz członkiem Rady Wojskowej Oświęcim.

Choć syn Bernarda nie wie za co konkretnie odpowiedzialny był jego Ojciec, to jednak z jego grypsów można wywnioskować, że ruch oporu zajmował się głównie przygotowywaniem ucieczek, gromadzeniem informacji nt. zbrodni nazistowskich i sytuacji więźniów w obozie, organizowaniem dodatkowego pożywienia i leków oraz pomaganiem najsłabszym współwięźniom w unikaniu selekcji i przetrwaniu. Za swoje bohaterstwo, odwagę i oddanie Bernard uhonorowany został Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari, Śląskim Krzyżem Powstańczym i Krzyżem Oświęcimskim. W rzeczywistości jednak odznaczenia te w imieniu Taty otrzymał po wojnie syn Felicjan. By upamiętnić swego męża, Adelajda przypięła Felicjanowi Krzyż Orderu Virtuti Militari również w dniu jego Pierwszej Komunii.

Wartość ludzkiego życia

W drugiej połowie 1944 roku sytuacja militarna nazistowskich Niemiec była krytyczna, dlatego też władze SS rozpoczęły likwidację śladów własnych zbrodni oraz ewakuację większości więźniów, których zatrudnić chciano w obozach w głębi Rzeszy. Pozostali zaś mieli wszelkie prawo przypuszczać, że jako naoczni świadkowie upokorzenia i eksterminacji niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci zostaną zlikwidowani. Jedynym sposobem na uniknięcie tego i uratowanie ich życia byłoby powstanie, jednak nierówny podział sił między dobrze uzbrojoną załogą SS, a skrajnie wycieńczonymi więźniami wskazywał na pewną porażkę tych drugich. Z tego powodu kierownictwo obozowego ruchu oporu zdecydowało się na zorganizowanie ucieczki kilku ze swoich najbardziej znaczących członków, którzy byliby w stanie przekazać światu informacje o zbrodniarzach, by doprowadzić do ich ukarania. Wyznaczonymi więźniami byli Ernst Burger, Czesław Duzel, Piotr Piąty, Zbigniew Raynoch i Bernard Świerczyna.

Pracując w Bekleidungskammer Bernard miał okazję jeździć do pralni w Bielsku skąd ubrania przesyłane były dalej do Rzeszy, a tam wykorzystywane przez wojsko oraz cywilów. Bernard wiedział, że wyjazdy takie dawały jemu i jego towarzyszom możliwość ucieczki z piekła. Ich plan zakładał opuszczenie obozu ukrywając się w ciężarówce pełnej ubrań i przedostanie się w ten sposób do Łęk- Zasola, gdzie mieli oni zostać przejęci przez członków lokalnego oddziału partyzanckiego Sosienki. Niemniej jednak, 1 z 2 esesmanów, którzy mieli pomóc w ucieczce, tzn. przekupiony Rottenführer Johann Roth, okazał się zdrajcą. Na podstawie dostarczonych przez niego szczegółów dotyczących planowanej ucieczki funkcjonariusze Wydziału Politycznego zorganizowali zasadzkę. Kiedy samochód zatrzymał się w pobliżu wartowni wskoczyli do niego uzbrojeni esesmani, a kierowca zawrócił i pojechał prosto pod Blok 11. Zorientowawszy się, że są w pułapce uciekinierzy zażyli truciznę, jednak tylko 2 z nich zmarło. Pozostała 3, w tym Bernard Świerczyna, osadzona została w Bloku 11, a następnie skazana na śmierć po kilkutygodniowym śledztwie połączonym z torturami. Ponadto, funkcjonariusze Gestapo aresztowali również 2 Austriaków oraz drugiego esesmana Franka oskarżonych przez Rotha o pomoc w organizowaniu ucieczki, a także aresztowali lub zabili członków oddziału partyzanckiego Sosienki, w tym Konstantego Jagiełło (pseudonim Kostek) przybyłego do obozu we wrześniu 1940 roku, który uciekł stamtąd kilka miesięcy wcześniej niż Bernard. W nagrodę za swoją lojalność Roth otrzymał fotografię szefa Głównego Urzędu Gospodarki i Administracji SS (tj. SS-WVHA) Oswalda Pohla wraz z jego dedykacją. Tyle warte było życie kilku osób… 

Bernard's poem in Cell 28
Bernard's poem in Cell 28

„Niech żyje Polska!”

3 dni przed egzekucją Bernard napisał na drzwiach celi 28 w Bloku 11:

Chciałem tylko być człowiekiem,
a nie bezdusznym zbiorem cyfr.
Byt swój z przyszłym związać wiekiem,
dziejów przyszłych poznać szyfr
Zdradą przemoc mnie pojmała
i zamknęła pośród krat,
lecz honoru nie złamała,
nawet go nie złamie kat.

Poniżej zamieścił on również napis w języku łacińskim: „Quia pulchris est pro Patria mori”, co znaczy „Słodko jest umierać dla Ojczyzny”.

Bernard i jego towarzysze mieli zostać powieszeni w obecności około 12.000 współwięźniów 30 grudnia 1944 roku, tj. dzień przed Sylwestrem. Skazańcy nie pozwolili zawiązać sobie oczu. Kiedy Obersturmführer Franz Hössler wyczytał na głos wyrok, Bernard krzyknął: “Niech żyje Polska!” Rozwścieczony SS-Unterscharführer i Rapportführer Oswald Kaduk zaczął bić go po głowie kolbą karabinu, choć Bernard miał związane ręce i nie mógł się bronić. Tuż potem został powieszony.

Była to ostatnia publiczna egzekucja w obozie macierzystym na placu apelowym przed budynkiem kuchni. Jak twierdzi syn Bernarda, rodzina nie wiedziała nic o jego ucieczce, osadzeniu w Bloku 11, ani egzekucji. O tragedii dowiedzieli się oni dopiero od sąsiada, a zarazem przyjaciela Bernarda ze szkoły, który powrócił do domu po wyzwoleniu obozu oraz od innych byłych już więźniów.

„Gdybym kiedykolwiek miał okazję porozmawiać z moim Ojcem, powiedziałbym: Tato, kocham Cię”

Dnia 12 września 1940 roki żona Bernarda urodziła syna Felicjana, który ma obecnie 76 lat. Bernard, który w jednym z listów z Auschwitz przypomniał żonie, by niezapomniała jakie imię wspólnie wybrali dla syna, z pewnością marzył o tym, by móc wziąć w ramiona swego ukochanego małego synka, widzieć jak się śmieje, bawić się z nim, czy uczyć go chodzić i mówić. To, co nie jeden określiłby mianem nudnego codziennego życia było jego największym marzeniem. Jakże ciężko musiało mu być nie mając pojęcia czy marzenie to kiedykolwiek się spełni? Felicjan również czekał na powrót Taty do domu, jednak na próżno. 

Bernard's wife, Adelajda, and their son
Bernard's wife, Adelajda, and their son

Zwyczajny, ale cenny podarunek jaki Bernard przygotował i wysłał Felicjanowi zza kolczastego drutu okazał się być najbardziej osobistą pamiątką po nim, gdyż już nigdy nie wrócił on do rodziny. Podarunkiem tym była bajeczka o Zajączku, Lisie i Kogutku przetłumaczona z języka czeskiego na język polski przez Stanisława Bęcia i jego współwięźniów czeskiego pochodzenia. Głównym bohaterem bajki był Zajączek wypędzony ze swojej chatki przez niebezpiecznego Lisa budzącego postrach wśród wszystkich. Ani Pieski, ani Niedźwiadek, ani Byk nie byli w stanie pomóc pokonać bezdusznego wroga. Tylko Kogutek okazał się dość dzielny, by obronić bezbronnego Zajączka.

Ryzykując życie własne i swojej rodziny Bernard poprosił esesmana, by ten dostarczyłbajeczkę wraz z osobistą dedykacją 4-letniemu Felicjanowi. Miało to miejsce w dniu urodzin żony Adelajdy. Gdy otworzyła ona drzwi, zobaczyła stojącego w nich wysokiego esesmana, który wręczył jej książkę w języku niemieckim zatytułowaną „Das Altertum”, powiedział „dziękuję” i „do widzenia” i wyszedł. Zaraz potem okazało się, że w wyciętym wewnątrz książki prostokątnym otworze niewiele większym od paczki papierosów ukryta była bajeczka. Na pierwszej i ostatniej stronie książki Bernard zapisał swoje imię, nazwisko oraz numer obozowy. Znajdowały się tam również imię i nazwisko oraz stopień wojskowy esesmana, jednak Adelajda wyrwała stronę zawierającą te dane tuż po wizycie funkcjonariuszy KGB, którzy w styczniu 1945 roku poszukiwali Bernarda. Obawiała się ona bowiem bycia posądzoną i aresztowaną za współpracę z Niemcami. Jak twierdzi Pan Felicjan, jego rodzina nie posiadała absolutnie żadnych informacji na temat esesmana, który ich odwiedził. Nie było wiadomo kim był, ani dlaczego zgodził się dostarczyć bajeczkę.

Jak wspomniano już wcześniej, Rottenführer Johann Roth zdradził Bernarda i jego współtowarzyszy, co doprowadziło do ich śmierci. Można więc podejrzewać, że i tym razem mogło się tak skończyć. Dlaczego zatem Bernard zdecydował się spróbować? Jaki był powód, dla którego podjął on tak wielkie ryzyko? Jak podejrzewa Felicjan, Ojciec chciał przekazać mu ważną zasadę, którą należy się kierować – że w życiu najważniejsza jest odwaga, co potwierdził swoim własnym postępowaniem. Myśl ta była zawarta w ostatnich linijkach jego dedykacji.

W 1996 roku Felicjan przekazał bajeczkę do Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, gdyż nie wiedział jak potoczą się jego dalsze losy i obawiał się, że może ona zaginąć lub ulec zniszczeniu. Jego zdaniem wróciła ona do miejsca, w którym powstała i z którego ją dostarczono. Niemniej jednak czasem żałuje on swojej decyzji. Zapytany o Ojca Felicjan przyznaje, że nie pamięta go wcale, choć Bernard kilkakrotnie miał okazję zobaczyć żonę i syna z pewnej odległości jadąc do pralni. Adelajda zabierała chłopca do zaprzyjaźnionego piekarza w Bielsku, który pozwalał im oczekiwać u siebie na przejeżdżających tą trasą pracowników Bekleidungskammer. Ponadto, Felicjan opisuje również jeszcze jedno spotkanie, które miało miejsce w 1944 roku gdy wraz z ciocią i sąsiadką szedł wzdłuż ulicy Mikołowskiej w Mysłowicach odwiedzić dziadka. Nagle obok nich zatrzymał się samochód, z którego wyskoczyło 2 esesmanów oraz człowiek w pasiaku, który wziął go na ręce, przytulał mocno i płakał. Był to jego Ojciec… Felicjan przekonał się, że zdarzenie to naprawdę miało miejsce gdy w 2008 roku otrzymał list, a następnie spotkał się z kobietą, która wówczas towarzyszyła jemu i jego cioci. Zobaczywszy Felicjana w telewizji postanowiła zdobyć adres, by podzielić się z nim swoimi wspomnieniami. Myśląc o tym można by podejrzewać, że Felicjan mógł mieć żal do swego Ojca o to, że poświęcił życie dla Polski, a jego zostawił samego, choć tak bardzo go kochał. Jednak zapytany o to odpowiedział: „Gdybym kiedykolwiek miał okazję porozmawiać z Ojcem, powiedziałbym: Tato, kocham Cię”.

Felicjan Świerczyna, son of Bernard
Felicjan Świerczyna, son of Bernard

Odszedł, ale pozostawił po sobie ślad

Bajeczka o Zajączku, Lisie i Kogutku to nie jedyna rzecz, którą Barnard pozostawił po sobie. Kolekcja pamiątek po nim przechowywana przez jego syna zawiera także jego biblioteczkę, książki, biurko, pianino, świadectwa szkolne, świadectwo ślubu, świadectwo ukończenia służby wojskowej, życiorys, teksty pisane przez Bernarda i publikowane w czasopismach na Śląsku oraz artykuły o nim, rysunki przedstawiające twarz Jezusa Chrystusa oraz schronisko górskie Pilsko wykonane przez Bernarda, listy wysyłane z Krzeszowic i Auschwitz, grypsy z Auschwitz, portrety Bernarda wykonywane przez jego współwięźniów i potajemnie wysyłane do Adelajdy, książkę, w której ukryta była bajeczka, świadectwo zgonu wydane przez sąd po wojnie, nekrolog, Srebrny Krzyż Virtuti Militari, Śląski Krzyż Powstańczy, Krzyż Auschwitz itd. Szkole podstawowej oraz jednej z ulic w Mysłowicach nadano imię Bernarda Świerczyny. Ponadto, syn Felicjana otrzymał jego imię. Teraz to on i jego rodzeństwo odpowiedzialni będą za podtrzymywanie pamięci o Dziadku, który dla ich ojca był „Kimś”, „Człowiekiem Odrodzenia”, a dla nas jest jednym z najdzielniejszych bohaterów narodowych.

 

Magda Stania

Wyrażam niezmierną wdzięczność Panu Felicjanowi Świerczynie, który poświęcił swój cenny czas, by podzielić się ze mną historią swojego Ojca oraz zaprezentować pamiątki po nim. Udostępnił on również wszystkie zdjęcia wykorzystane w niniejszym artykule.