ASG Facebook Group |ASG Twitter |ASG Instagram |ASG Pinterest |ASG Flickr |ASG YouTube

Z internautami o historii Sonderkommando - wywiad z Igorem Bartosikiem

W związku z ogromnym sukcesem filmu „Syn Szawła” bardzo wiele mówi się ostatnio na temat historii Sonderkommando w Auschwitz. Była to grupa więźniow w ogromnej części żydowskiego pochodzenia, których zmuszono do pracy przy obsłudze komór gazowych i krematoriów. Tylko niewielu z nich udało się przeżyć. Ich wspomnienia dotyczą jednej z najbardziej ciemnych kart historii obozu koncentracyjnego Auschwitz. Poprosiliśmy członków Auschwitz Study Group, aby zadali nam swoje pytania. Kiedy to nastąpiło, Paweł Sawicki z Biura Prasowego Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau rozmawiał na temat Sonderkommando z doktorem Igorem Bartosikiem. Jest on historykiem pracującym w Centrum Badań Muzeum i oddanym badaczem historii Sonderkommando.

Odkąd zobaczyłem film „Syn Szawła” bardzo zainteresowała mnie jedna scena. Chodzi mi o scenę, w której ludzie prędko chowali stosy dokumentów, paszportów i papierów do pudełek. Czy tak rzeczywiście wyglądał proces ratowania dokumentów? Czy ludzie związani z tym procesem byli również związani z powstaniem?

Zasada była taka, że wszystkie dokumenty osobiste ofiar były zabierane i miały być palone na terenie krematoriów w piecach na spalanie odpadków. Jeżeli te piece nie działały, to – jak opisuje to Miklós Nyisli – były palone w dole za krematorium III. Natomiast z relacji więźniów Sonderkommando wiemy, że oni czasami przeglądali te dokumenty i szukali w nich informacji np. skąd przybył transport, czy był tam ktoś znany itd. Natomiast czy oni ukrywali dokumenty? Dużej ilości dokumentów nie byliby w stanie ukryć – być może tylko dokumenty dotyczące jakiś wyjątkowych osób znajdujących się w transportach. W relacji Dova Paisikovica czytamy:

Zdjęcie wykonane przez Sonderkommando w sierpniu 1944 roku w Auschwitz
Jeden z kilku negatywów wykonanych przez
członków Sonderkommando w Auschwitz w sierpniu 1944

Często już po odzieży lub po dokumentach orientowaliśmy się, że w kieszeniach ubrań męskich będziemy mogli znaleźć ciekawe dokumenty. Gdybyśmy znaleźli tego typu ciekawe rzeczy, to chowałem je m.in. na strychu krematoriów między puszkami, w których znajdował się popiół ludzki (…). Praca polegająca na szukaniu dokumentów była zorganizowana. Wiedział o tym kapo, wiedzieli o tym członkowie Sonderkommando, a oczywiście nie mogli o tym wiedzieć esesmani. Stąd organizowaliśmy to tak, że wtajemniczeni ustawiali obserwatorów, którzy mieli uprzedzić nas w przypadku zbliżania się esesmana. Kilku z nas dokonywało przeglądu zawartości kieszeni.

 

Wiemy dużo o ostatnim Sonderkommando i o tym, kim byli ludzie zmuszeni do takiej pracy, ponieważ byli ludzie, którzy mogli o tym opowiedzieć. Ale czy wiadomo coś na temat wcześniejszych Sonderkommando i o tym, kim byli?

Z naszych najnowszych badań wynika, że nie było czegoś takiego, jak likwidacją wszystkich członków Sonderkommando co 3 miesiące. Miały miejsce selekcje, ginęli ci, którzy nie byli w stanie przystosować się do pracy w Sonderkommando. Natomiast taka jedna pełna likwidacja wszystkich więźniów Sonderkommando miała miejsce w grudniu 1942 roku. Wówczas zabito tych, którzy zostali wybrani do pierwszego Sonderkommando w kwietniu 1942 roku. Wiemy np. o braciach Dragonach, Eisenschmidtcie – więźniach, którzy trafili tam w grudniu 1942 i przetrwali do momentu likwidacji obozu w styczniu 1945 roku.

Nie było pełnej likwidacji wszystkich więźniów co 3 miesiące. Wydaje mi się, że wobec tych ludzi zastosowano taktykę divida et impera. Gdyby oni wiedzieli, że zginą za 3 miesiące, nie zależałoby im na niczym. A tak – pozostawiano im złudzenie: będziesz pracował, będziesz wykonywał swoje obowiązki, będziesz żył. I dlatego część z nich pozostawiano przy życiu. Duża selekcja odbyła się na przykład w lutym 1944 roku, kiedy prawie połowa członków Sonderkommando została wysłana na śmierć. Z relacji Henryka Taubera z 1945 roku wynika, że co kilka tygodniu ubywała część więźniów – to byli głównie ci, którzy nie byli w stanie wytrzymać pracy w Sonderkommando – zachorowali czy poddali się psychicznie.

Obraz Davida Olere
Rysunek przedstawiający Sonderkommando
przy pracy w krematorium
Autor: David Olere

Była tam rotacja, ale nie pełna likwidacja. Nie mamy jednak dokumentów, które pozwoliłby nam prześledzić np. skład narodowościowy więźniów Sonderkommando w poszczególnych okresach. Wiemy mniej więcej, z których transportów ludzie trafili do Sonderkommando – przynajmniej część z nich. To transporty z okręgu Łomża, Ciechanów, Mława z grudnia 1942 roku. Wiemy, że dużo wybrano z transportu z Francji z początku marca 1943 roku – to byli głównie komuniści, którzy stali się zarzewiem ruchu oporu w Sonderkommando, wiemy o Grekach wybranych w maju 1944 roku, o Węgrach, natomiast taki pełen przekrój nie jest możliwy do ustalenia.

 

Czytałem gdzieś, że wybierano spośród nowoprzybyłych transportów kobiety, których głównym zadaniem było witanie ludzi ludzi w komorach gazowych i uspokajanie ich przed śmiercią. Czy wiadomo coś więcej na ten temat?

Nie. W relacji Eizenschmidta można spotkać informację, że kiedyś w Sonderkommando była kobieta, jednak to raczej jakaś plotka, która krążyła wśród więźniów. Nigdy nie spotkałem się z innymi dokumentami czy świadectwami o kobietach w Sonderkommando.

 

Zgodnie z jednym z uciekinierów, więźniowie Sonderkommando dotarli do stodoły niedaleko stawów w podobozie w Harmężach. Moje pytanie brzmi: czy zetknęli się z jakąkolwiek formą oporu z podobozu w Harmężach w związku z tym, że podobóz ten był tak blisko? W październiku Pław nie uważano jeszcze za samodzielnie funkcjonujące gospodarstwo, ale wiemy, że byli już tam strażnicy.

Więźniowie uciekający w trakcie buntu Sonderkommando z terenu komory gazowej i krematorium II natknęli się na patrol, który został zaatakowany przez nich nożami. To było pomiędzy Zerlegebetrieb a podobozem w Harmężach, gdzie tworzono gospodarstwo rolne Pławy. Tych strażników zaatakowano nożami. Natomiast do walki doszło z oddziałem pościgowym, który wyruszył z koszar SS. Jest zatem prawdopodobne, że 3 zabitych esesmanów to byli wartownicy z Pław, który patrolowali tamten teren i znaleźli się na trasie ucieczki.

 

Jak zneutralizowano ogrodzenie obozowe?

Ogrodzenia w Birkenau były pod napięciem w godzinach nocnych. Przez jakiś czas włączano prąd podczas akcji węgierskiej, kiedy było bardzo duże nasilenie transportów i ludzie wpadali w panikę.

 

Czy istnieje jakiś szczególny powód, który może być udokumentowany, oczywiście oprócz kwestii językowej, którą kilku badaczy uważa za szczególnie ważną, dla którego do Sonderkommando wybrano tak wielu Greków, szczególnie z Salonik?

Nie chodziło nawet o kwestie językowe, ale o to, że byli to więźniowie, którzy byli w obozie stosunkowo krótko, a połowa maja 1944 roku to był czas, kied ściągano wszystkich zdolnych do pracy Żydów z odcinka kwarantanny do Sonderkommando, a nawet nie tylko z kwarantanny.

 

Ruiny krematorium numer V w Auschwitz-Birkenau
Ruiny krematorium numer V w Auschwitz-Birkenau
Zdjęcie: Michael Challoner ©

Około 200 Greków zostało wybranych do Sonderkommando 12 maja z transportu z Aten do Auschwitz, który wyruszył 11 kwietnia 1944. Czy ten transport tak długo jechał do Auschwitz z powodu rozpoczęcia się akcji węgierskiej?

Dokładnie tak.

 

Czy mogła mieć miejsce taka sytuacja: więzień został wysłany do obozu w Gęsiówce, a później ewakuowany do Dachau, skąd wysłano go znowu do Auschwitz do pracy w Sonderkommando w sierpniu lub wrześniu 1944?

W obozie działy się rzeczy, które historykom nie mieszczą się w głowie, natomiast jest to naprawdę bardzo mało prawdopodobne. To musiałby być niesamowity przypadek. Zresztą sierpień i wrzesień 1944 roku to był czas, kiedy Sonderkommando zaczynało się kurczyć, a nie powiększać. Wiemy z dokumentów, że zdarzały się jakieś niewielkie przesunięcia – 1 czy 2 osoby. Jednak taki przypadek wydaje mi się nierealny, choć nie możemy w 100% powiedzieć - nie. Natomiast na 99% – to niemożliwe.

 

Czy członków Sonderkommando wysyłano do szpitala więźniarskiego?

Do tej pory wydawało nam się, że więźniowie Sonderkommando nie trafili do szpitala obozowego. Mieli oni izbę dla czasowo niezdolnych do pracy w swoim baraku – opiekował się nimi więzień Jakub Pach, który w marcu 1943 r. przybył w transporcie z Francji. Natomiast wiemy z relacji Abrahama Dragona, że on po buncie w Sonderkommando, kiedy został ranny, był umieszczony czasowo na odcinku szpitalnym. Mamy też relację jednego z więźniów odcinka szpitalnego, że przez jakiś zaś na oddziale wewnętrznym przebywał kapo Sonderkommando, kapo Kamiński. Zatem w bardzo wyjątkowych przypadkach, prawdopodobnie w wypadku więźniów funkcyjnych, mogło się tak zdarzyć.

 

Czy żyją jeszcze jacyś członkowie Sonderkommando?

Żyje jeszcze najprawdopodobniej 2 członków Sonderkommando – Dario Gabai oraz David Nencel.

 

Czy to prawda, że nikt dobrowolnie nie zgłosił się do pracy w Sonderkommando, pomimo obietnicy dodatkowych racji żywieniowych?

Dokładnie tak.

 

Czy były jakieś podstawowe kategorie związane z wyborem ludzi do Sonderkommando? Czy istnieją jakiekolwiek informacje o tym, że ktoś się nie zgodził na taką pracę? Jak ci, którzy przeżyli, radzili sobie z pracą, która była przecież najgorszą z możliwych?

Przede wszystkim do Sonderkommando starano się kierować ludzi zaraz po przybyciu do obozu, bowiem mieli oni jeszcze siły fizyczne do ciężkiej pracy. Wybierano młodych, silnych i rosłych ludzi.To była ciężka fizycznie praca, więc nie wybierano do niej ludzi po kilku miesiącach pobytu w obozie, a także ludzi bez odpowiedniej budowy „na oko”. Chociaż kiedy patrzymy, jak kształtował się wiek więźniów Sonderkommando w 1942 roku to widzimy, że nie wybierano tylko 20-latków. Zdarzały się też przypadki, że byli to mężczyźni 40-letni. Generalnie byli to ludzie z nowo przybyłych transportów.

Jeżeli chodzi o przypadki odmowy, to na pewno takie były, ale to rozwiązywano radykalnie, zabijając takie osoby. Z moich badań wynika jednak, że zdecydowana większość osób przystępowała do tej pracy. Zdarzały się później przypadki, że ludzie doznawali szoku psychicznego po zetknięciu się z pracą z Sonderkommando. Jest relacja mówiąca o tym, że więzień pracujący przy Bunkrze nr 2 w 1944 roku pierwszego dnia pracy wskoczył do dołu z płonącymi zwłokami w akcie szoku psychicznego. Jest przypadek opisany przez Shlomo Venezię, kiedy więzień Sonderkommando nagle skamieniał i nie mógł się ruszyć. Otto Moll zastrzelił go osobiście. Natomiast nie znam wielu przypadków tego, aby ktoś kto trafiał do Sonderkommando odmawiał wykonywania tej pracy. W wielu relacjach pojawia się zdanie – zamienialiśmy się w roboty. Jeżeli chodzi o powojenne losy ocalonych to jest to niesamowite, że ci ludzie wrócili do w miarę normalnego funkcjonowania. wspólnego z tym miejscem i z tą historią. Musimy też pamiętać, że przez jakiś czas ciążyło na nich piętno ludzi, którzy współuczestniczyli w zagładzie. To też powodowało to, że oni nie chcieli ujawniać się ze swoimi przeżyciami. Dopiero później, kiedy ludzie zrozumieli, że Sonderkommando to było dno piekła, że byli oni postawieni w sytuacji bez wyjścia, wtedy dopiero oni zaczęli opowiadać swoje historie.

 

Czy wiadomo cokolwiek na temat członków Sonderkommando, którzy decydowali się iść na śmierć razem z wyselekcjonowanymi do gazu?

Jest ta opowieść Filipa Müllera, który ostatecznie ocalał, ale podczas likwidacji części obozu familijnego dla Żydów z Theresienstadt w Birkenau w marcu 1944 r. on, czując się z nimi związany emocjonalnie, dołączył do nich i chciał wejść do komory gazowej. Dopiero grupa kobiet zaczęła mu to perswadować, że to nie ma sensu, że większe znaczenie będzie miało to, że on ocaleje i będzie mógł opowiedzieć, co się stało. Zatem domyślam się, że takie przypadki mogły mieć miejsce, natomiast o skali takiego zjawiska nie możemy nic powiedzieć. Nie znam konkretnego przypadku, kiedy więzień poszedł z kimś na śmierć, natomiast nie możemy wykluczać takich przypadków.

 

Ruiny krematorium numer IV w Auschwitz-Birkenau
Ruiny krematorium numer IV w Auschwitz-Birkenau
Zdjęcie: Michael Challoner ©

Istnieją wątpliwości związane z tym, że młodzi ludzie nie zawsze umierali w wyniku działani Cyklonu B. Niektórzy, w pewien sposób uwięzieni pod innymi ludźmi, którym udało się przeżyć bycie zgniecionym, dawali radę znaleźć pewne „luki”, gdzie nie dochodził gaz i mogli przeżyć, nawet jeżeli stracili przytomność. Czy jest to prawdziwa informacja? Jak Sonderkommndo radziło sobie z takimi sytuacjami? Musiały być one dla nich straszne, tak samo jak straszna jest sama myśl, że coś takiego w ogóle mogło mieć miejsce...

Jest kilka relacji o tym, że takie przypadki rzeczywiście miały miejsce – gdzieś tworzyła się przestrzeń między zwłokami, gdzie ten cyjanowodór nie docierał w odpowiednim stężeniu. Takie sytuacje wspomina Dragon, Szlomo Wenecja, Fajnzynberg, Paisikowic, Nyiszli. Natomiast esesman po prostu dobijał takiego człowieka. Więźniowie na pewno nie chcieliby takiego człowieka żywcem wrzucić w płomienia, żeby on się ocknął w ogniu. Zatem jeżeli esesmani nie rozpoznał, że ktoś daje znaki życia, to więźniowie Sonderkommando informowali o takich wypadkach. Więźniowie Sonderkommando nie mieli żadnej szansy uratowania takiej osoby. Można było tylko uniknąć sytuacji wrzucenia nieprzytomnego człowieka w płomienie.

 

Jak szmuglowano materiały wybuchowe użyte w powstaniu?

Dostarczano je na teren odcinka BIIg, czyli do magazynów Kanady, a tam już Róża Robota dostarczała je do Sonderkommando. Musimy pamiętać, że oni byli izolowani, to ta izolacja nie była aż tak szczelna.

Stykali się oni z więźniami z innych grup roboczych. Na przykład po odzież po zamordowanych przyjeżdżali więźniowie z magazynów. Kiedy ładowali rzeczy na wóz, zawsze była okazja do tego, żeby ten materiał przeszmuglować. Wiemy, że przenoszono go przy okazji wjazdu beczkowozów, żeby wypompować szambo. Poza tym te pakunki były bardzo niewielkie – maleńkie zawiniątka prochu.

 

Czytałem o dzieciach zostawianych przez matki w rozbieralni pod stosami ubrań. Czy Sonderkommando próbowało ratować takie dzieci czy nie miało to sensu?

We wspomnieniach Rudolfa Hössa czytamy, że kobiety czasami ukrywały Dzieci pod ubraniami, natomiast członkowie Sonderkommando zdawali sobie sprawę, że takiego dziecka i tak nie można uratować, zwracali na to uwagę.

 

Czy 2 kobiety pracujące w IG Farben rzeczywiście szmuglowały materiały wybuchowe do obozu? I dlaczego właśnie tego dnia – po tylu miesiącach przygotowywań – podjęto decyzję o wybuchu powstania? Czy członkowie Sonderkommano błędnie odczytali zwiększoną liczbę kontygentu SS?

Chodziło oczywiście o fabrykę Union. Natomiast jeżeli chodzi o samo powstanie, to z jednej strony mamy dążenie ogólnego obozowego ruchu oporu do globalnego powstania w obozie. Z drugiej strony mamy fakt, iż więźniowie zaczynają być ewakuowani w głąb Niemiec jest sygnałem dla przywódców ruchu oporu, że nie będzie ogólnej likwidacji więźniów. W obliczu likwidacji całego obozu, czy przynajmniej grupy więźniów Żydów, doprowadzenie do buntu miało jakiś sens. Natomiast w czasie stopniowej ewakuacji to Sonderkommando stało się tą grupą, która była zagrożona bezpośrednią likwidacją. I to podsycało ich gotowość do buntu i ucieczki z obozu. tego impulsu – robimy to teraz, a nie w innych momencie. Musimy jednak także zrozumieć tych ludzi – oni zdawali sobie sprawę z tego, że bunt ma sens, kiedy na tym terenie w przewidywalnym czasie znajdzie się armia radziecka. Zatem z jednej strony nie było groźby natychmiastowej likwidacji obozu, z drugiej strony armia radziecka była jeszcze daleko. I więźniowie oczekiwali na jakiś impuls. I tym impulsem były likwidacje w Sonderkommando. Pierwsza wybiórka w pierwszej połowie września uświadomiła im, że będą oni stopniowo traceni. Kiedy przyszło do tej drugiej likwidacji, stanęli przed decyzją: albo wstrzymać się z akcją, albo atakować już. Doszło do tego, że postanowili jeszcze wstrzymać wybuch buntu. Zdawali sobie sprawę, że bunt należy wywołać w momencie odpowiednim dla siebie – np. w godzinach nocnych. Wiadomo było, że tych 300 osób do transportu 7 października zostanie zabranych w samo południe. To nie był dobry moment do organizacji buntu. Stąd ta decyzja się przeciągała i dlatego bunt tak naprawdę wybuchł przez przypadek, bo sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zakładano, że ci wybrani na śmierć mogą stawić opór wobec SS. I oni podjęli walkę – nie chcieli dać się zabić. 

Kiedy część więźniów wiedziała, że są wybrani na śmierć, rzucili się na esesmanów. To była ta iskra, która uruchomiła cały łańcuch zdarzeń – walka i podpalenie budynku krematorium, które było takim krzykiem rozpaczy. Podpalenie miało być sygnałem do buntu. Co ważne, wydarzenia z IV krematorium i z II krematorium to odrębne wydarzenia powiązane ze sobą w tym sensie, że gdyby nie to, że doszło do podpalenia IV krematorium i walki z esesmanami, to prawdopodobnie nie doszłoby do wydarzeń w krematorium II.

 

Co sądzisz o analizie Sonderkommando wykonanej przez Primo Levi'ego?

To była po prostu brudna i ciężka praca. Trudno wyobrazić sobie, aby esesmani sami mieli ciągnąć ciała ludzi do dołów, czy do pieców. To było bardzo praktyczne podejście. Pod groźbą śmierci ludzi można zmusić do bardzo wielu rzeczy.

 

Film „Syn Szawła” pokazuje scenę wykonywania potajemnie zdjęć spalonych ciał. Miliony ludzi znają te fotografię. Czy możliwe jest, aby zachowały się na terenie jeszcze jakieś inne zdjęcia, których jeszcze nie odkryto?

Jeżeli istniałyby jeszcze jakieś zdjęcia pokazujące zagładę, to mogłoby być to materiały wykonane na własną rękę przez członków SS. Tego nie można wykluczyć.

 

Czy tylko Żydzi pracowali w Sonderkommando czy byli też tam inni więźniowie?

W Sonderkommando pracowali niemal wyłącznie Żydzi. Byli tam też np. więźniowie polscy, którzy przed rozpoczęciem zagłady pracowali w krematorium w Auschwitz I i później z racji tego, że wiedzieli za dużo, to włączono ich w skład Sonderkommando w Birkenau. Pełnili oni rolę funkcyjnych – niektórzy pomagali więźniom, ale Mieczysław Morawa nie zapisał się chwalebnie w historii Sonderkommando. Natomiast Wacław Lipka czy Władysław Tomiczek, którzy byli we wspomnieniach przedstawieni bardzo pozytywnie. Było tam także 2 Niemców, a także grupa Rosjan.

 

Podziękowania dla Igora Bartosika za odpowiedzi na nasze pytania, Pawłowi Sawickiemu za inicjatywę i wyrażenie zgody na pomoc przy wywiadzie, a także dla Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau za udostępnienie nam artkułu wydrukowanego w języku polskim w Magazynie “Oś” w kwietniu 2016. Podziękowania dla Igi Bunalskiej z Auschwitz Study Group za przetłumaczenie tekstu na język angielski.