ASG Facebook Group |ASG Twitter |ASG Instagram |ASG Pinterest |ASG Flickr |ASG YouTube

Niedorzeczność dogadzania - SS Küche w Auschwitz

Trudno sobie wyobrazić, że bycie wyselekcjonowanym w Auschwitz do drużyny roboczej, która wstaje przed wszystkimi innymi i wraca do obozu później, może być uważane za dobrą rzecz. Więźniowie Auschwitz tak jednak myśleli.

Praca w tej grupie roboczej nie była łatwym zadaniem. Była ona zupełnie wyjątkowa w historii całego obozu.  Wielu więźniów jej pożądało, ponieważ umożliwiała ona przeżycie w piekle: dostęp do „organizowanego” jedzenia. Praca była pod dachem więc dawała schronienie przed złymi warunkami atmosferycznymi , gorącem i komarami w lecie i mrozem w zimie. Jeżeli miało się szczęście także do kapo i esesmanów, niczego więcej już nie brakowało.

Esesmańska kuchnia i stołówka były tego przykładem. Zapewniały one więźniom wszystkie niezbędne rzeczy do przeżycia rzeczy, ale nie gwarantowały żadnej ochrony przed strażnikami. Żadne kommando nie mogło tego zrobić. Kuchnia esesmańska była miejscem przepychu, łakomsta; tam esesmani zachowywali się jak więźniowie, kradnąc jedzenie, chociaż oni nie musieli tego robić dla przeżycia. Głównym powodem była po prostu chciwość. Młodzi żołnierze mogli się tam upić, jeść, spotkać z kobietami (znajdowała się tam sala widowiskowo-kinowa) i zachowywać się tak jak chcieli. Jeżeli któryś z więźniów miał pecha znaleźć się obok żołnierza, który nie mógł brać w tym wszystkim udziału z powodu służby, mógł żegnać się ze swoim życiem.

Nie należy zapomnieć jednak o trudnych warunkach pracy w kuchni esesmańskiej. 250 więźniów musiało codziennie przygotować jedzenie dla 3200 esesmanów. Połowa z tych więźniów była zatrudniona albo przy obieraniu ziemniaków, albo w innych miejscach.  Musieli oni także obsługiwać esesmanów podczas Kameradenschaftsabend, pomimo tego, że wcześniej pracowali cały dzień.

Pomimo wyjątkowo długich godzin pracy całego budynku, ruch oporu w obozie był w stanie założyć tam jedną ze swoich głównych placówek. Było to najważniejsze miejsce dla wszystkich więźniów, którzy nie byli w stanie zorganizować dodatkowego jedzenie i których życie zależało od głodowych racji, które dostawali codziennie.

Walter Błażej Latka, który pracował w stołówce prawie rok, złożył swoje oświadczenie w 1971 roku w Katowicach. Był on więźniem Auschwitz numer 108607.

Walter Latka
Walter Latka

Miałem szczęście, gdyż w połowie czerwca 1944 roku skierowano mnie do SS Küche. Miałem tam prowadzić księgowość.

Więźniowie zatrudnieni w SS Küche byli prowadzeni w ewidencji jako tzw. Kommandiert – do pracy wychodziliśmy przed apelem (pracę w kuchni rozpoczynano o piątej rano), a wieczorem wracaliśmy do obozu około godziny osiemnastej, nawet później. W komandzie tym pracowało około 17-18 więźniów. Funkcję kapo pełnił więzień narodowości polskiej August Fronczek, pochodził z Łącka koło Nowego Sącza. Bardzo porządny i uczciwy kolega, zrobił dla nas wiele dobrego, za co dużo oberwał. Wytwarzały się czasami różne nieprzyjemne sytuacje, lecz w takich momentach Fronczak wolał narażać samego siebie aniżeli któregoś z więźniów – jeśli nawet ktoś osobiście nawinił. 

W okresie przyjęcia mnie do pracy w SS Küche szefem kuchni był SS-Unterscharführer Werner Paschke: średniego wzrosu, dosyć krępy, sam rzeźnik i syn rzeźnika. Chwalił się nam, że pochodził z Drezna. Bardzo nerwowy, koledzy esesmani nazywali go „Schuttelkopf”. Miał nerwowy trik, potrząsał głową. Wspomniany tik został mu po zasypaniu go w czasie bombardowania. W stosunku do więźniów był bardzo bewzględny. Pamiętam, że kiedyś przechodziłem w kuchni obok miejsca, w którym wyładowywano chleb – gdy nagle Paschke, zupełnie bez powodu, poczęstował mnie solidnym kopniakiem. Byłem tym mocno poruszony, lecz cóż mogłem robic. Kiedy wzywał któregoś z nas, trzeba było stawić się błyskawicznie. Jak tylko coś zauważył, bił bez opamiętania, gdzie popadło. 

Kiedy zgłosiłem się w kuchni po raz pierwszy, oświadczył mi krótko i zwięźle: „Du stinkst wie die Pest! Śmierdzić jak siedem nieszczęść!”. Dodał jeszcze, że jeśli nie zmienię pasiaka i nie umyję się porządnie, nie mam co robić w kuchni. Dzięki pomocy kolegów zdołałem to wszystko załatwić. 

Na jego miejsce przyszedł esesman nazwiskiem Hans Scheffler, w stopniu SS-Oberscharführera.  Pamiętam, że Werner Paschke miał żonę, która mieszkała w Katowicach przy obecnej ulicy Henryka Sienkiewicza, czasami odwiedzała go w Oświęcimia, był o nią bardzo zazdrosny. Esesmanów było w ogóle chyba siedmiu, dalszych nazwisk nie pamiętam. Jeden z tych esesmanów smażył bardzo dobre pączki, które jednak spożywali tylko obozowi dygnitarze SS przy specjalnych okazjach.

Hans Scheffler
Hans Scheffler

Do moich stałych obowiązków jako Schreibera zatrudnionego w kuchni dla esesmanów należało prowadzenie rozliczeń za wyżywienie specjalne „Sonderpflegung”. Tego rodzaju dodatki specjalne otrzymywali esesmani biorący udział w łapankach i gazowaniu, czyli za udział w akcjach specjalnych. Otrzymywali za to kartoniki formatu około 4 x 4 cm. Taki kartonik upoważniał esesmana do pobrania w kuchni 100g kiełbasy, 5 papierosów, 1/5 litra wódki, 250g chleba i chyba małej ilości masła. Ja właśnie na podstawie tych kartonów robiłem miesięczne obliczenie. Segregowałem je według podpisów wystawców, tzn. oficerów, którzy wydawali bony. Pamiętam, że w okresie od maja do września 1944 roku wydano szczególnie dużą ilość takich bonów. Na przykład w lipcu 1944 roku wydano ich trzynaście tysięcy, podczas gdy normalnie wydawano ich w ilości od czterech do siedmiu tysięcy. Właśnie na podstawie tych bonów my więźniowie robiliśmy obliczenia odnośnie zagazowanych. Wychodziło nam, że zginęło w komorach gazowych około 5 milionów. Służbę na rampie pełnili także esesmani z kuchni. 

Jeśli chodzi o Schefflera to traktował on więźniów trochę lepiej od swojego poprzednika, tzn. mniej się nad nimi znęcał. Nie był zbyt bystry, trochę kobieciarz i niekiedy żądał nawet, żebym mu odczytywał listy otrzymywane od swoich sympatii. Czasami żądał także, abym listy mu pisał. Każdy z esesmanów korzystał z żywności tyle, ile się dało. Jeśli któryś wybierał się do domu w dniu wolnym od pracy, trzeba było im napełniać teczki różnymi smakołykami i produktami. Właśnie Hans Scheffler miał dużego, wspaniałego psa wilczura. Tresował go na więźniach. Najczęściej tresurę prowadził na zatrudnionym w kuchni więźniu Kaziku Flaku. Ten ostatni obwijał sobie szmatami ciało, schodził do kotłowni (w baraku kuchni) i tam Schefflerszczuł na niego psa. Był to młody odważny chłopak. Sam mi mówił, że czuje się chory, jeśli w którymś dniu nie może czegoś zorganizować. Jakkolwiek posiłki sporządzano według dokładnych receptur, nie mniej udawało się nam zorganizować produkty żywnościowe. Robiliśmy to między innymi dlatego, że do kuchni SS przywożono co bardziej wartościowe produkty żywnościowe pochodzące z magazynów i kuchni więźniarksiej. Jeśli esesmani okradali więźniów, my nie mieliśmy żadnych wyrzutów, kiedy organizowaliśmy z ich magazynów.

W tym samym baraku, prócz kuchni esesmańskiej i kantyny, znajdowała się także obieralnia ziemniaków (Kartoffelschalerei). Do kuchni esesmańskiej zaglądali różni obozowi dygnitarze, oczywiście esesmani. Przychodzili lekarze, przychodzili Rapportführerzy. Taki na przykład Kaduk polecił nam jednego dnia zrobić „sport”. Zupełnie za nic. Coś mu się widocznie nie podobalo. Często chodził pijany.

Niektórzy z esesmanów posuwali się nawet do próśb – jeśli naturalnie czegoś potrzebowali. Jeśli był to jakiś względny esesman, to mu nawet dawaliśmy. Przychodziły także dozorczynie SS (Aufseherinnnen). Jedna z nich, bardzo wysoka, tak się kiedyś rozeźliła, że wyciągnęła nawet pistolet. Twierdziła, że ją lekceważąco potraktowałem. Jednym słowem kuchnia SS – była magnesem, ściągającym także esesmanów, którzy niezgorzej organizowali. My-więźniowie postępowaliśmy pdoobnie, organizowaliśmy co się dało. Na przykład jeden z naszych kolegów zatrudnionych w Verwaltungu przenosił bardzo duże ilości pożywienia do obozu. Nazywał się Józef Dominik. On właśnie donosił pożywienie z kuchni dla esesmanów odbywających karę w areszcie, mieszczącym się na Bloku 11. Zawsze dawaliśmy mu więcej pożywienia – i to właśnie rozdzielano wśród więźniów. Pamiętam, że do kuchni przychodził także więzien Konstanty Jagiełło. On również zabierał zorganizowaną przez nas żywność. 

Do jesieni 1944 roku większość obsługi w kuchni esesmańskiej stanowili więźniowie narodowości polskiej. Nasz spryt i zaradność najlepiej ocenił jednego razu szef Scheffler mówiąc: „Tak, Polacy są dobrymi pracownikami, ale kradną jak kruki”. Oprócz nas Polaków pracowało także dwócj Niemców oznaczonych zielonymi trójkątami, jednemu z nich na imię było Otto, drugiemu Richard, nazwisk nie pamiętam. Pochodził z Berlina. Richard – szczupły i chudy – chełpił się wielokrotnie opowiadając o swojej bogatej przeszłości kryminalnej.

Był także jeden więzień Ukrainiec, na imię miał Franek, nazwiska nie pamiętam. Pamiętam, że prowadziłem z nim rywalizację jeśli chodzi o pomaganie więźniarkom. Stało się to w jesieni 1944 roku, kiedy do kuchni esesmańskiej skierowano sporą grupę dziewcząt. Były to w większości Polki i Ukrainki. On pomagał Ukrainkom, ja Polkom.

Więzień Józef Zieliński prowadził kuchnię dietetyczną. Przed wojną był kucharzem u jakiegoś hrabiego. Był to człowiek starszy wiekiem (miał około 50 lat), językiem niemieckim władał bardzo słabo, więc stale musiałem pośredniczyć.

Powracając jeszcze do sprawy obecności dziewcząt w kuchni esesmańskiej pragnę wyjaśnić, że zatrudniono je przy obieraniu ziemniaków. Pamiętam, że jedna z nich o imieniu Zosia (pochodziła z Radomia) bardzo przeżywała upokorzenie, które ją spotkało. Chodziło o to, że Scheffler kazał jej czyścić buty. Była tym bardzo przybita. Tłumaczyłem jej i pocieszałem jak mogłem, ale bez jakiegoś szczególnego skutku. 

W dniu 1 stycznia 1945 roku jeszcze pracowałem w kuchni i właśnie w tym dniu zostałem pobity przez esesmana pochodzącego ze Słowacji. Był szczupły, niskiego wzrostu. Stłukł mnie okropnie, ale nie wiem za co. Byłem tym zdziwiony. Może dlatego, że on musiał trzymać dyżur a inni esesmani zabawiali się z kobietami w pokoikach na górze? Ten sam esesman po godzinie przyszedł i zapytał się, czy się na niego gniewam. Widocznie miał wyrzuty sumienie, bo zaprowadził mnie na dół do magazynów w piwnicy i poczęstował kieliszkiem wódki.

Artykuł autorstwa Michaela Challonera i Igi Bunalskiej
Tłumaczenie i informacje zebrane przez Igę Bunalską