ASG Facebook Group |ASG Twitter |ASG Instagram |ASG Pinterest |ASG Flickr |ASG YouTube

Ratunek w obozie pracy Sankt Anna Am Aigen: wywiad z byłym więźniem Sandorem Vandorem

Miałam przyjemność przeprowadzić wywiad z Sandorem Vandorem w ramach projektu Auschwitz Study Group związanym z obozami pracy. Sandor jest węgierskim Żydem, który został internowany w jednym z mniej znanych obozów pracy w Austrii. Historia takich obozów jest często lekceważona. To, że Sandor został umieszczony w tym obozie, uratowało mu życie. Pomoc ofiarowana mu przez miejscowych sprawiła, że się nie poddał. Teraz Sandor opowiada o swoich przeżyciach innym ludziom, regularnie odwiedza też miasto, w którym go uwięziono.

Hannah Wilson: Sandor, miałeś 19 lat, kiedy Trzecia Rzesza wkroczyła na Węgry. Czy mógłbyś nam coś o tym opowiedzieć? Co się stało z Tobą i z Twoją rodziną na samym początku okupacji?

Sandor Vandor: Okupacja rozpoczęła się 19 marca 1944 roku, kiedy to Niemcy zajęły Węgry. Od razu przy przystankach autobusowych utworzono punkty strażnicze, aby uniemożliwić wyjazd oraz wjazd do Budapesztu. Żydów aresztowano i internowano. W niecały miesiąc później wysłano ich do Auschwitz. W tej grupie znajdowała się moja żona Anna. Wydano zarządzenie mówiące o tym, że Żydzi mają obowiązek nosić żółtą Gwiazdę Dawida na swoich wierzchnich ubraniach. Wydano również wiele innych zarządzeń, które znacznie utrudniły życie Żydom. Mężczyźni w wieku od 19 do 45 lat musieli zgłosić się jako robotnicy przymusowi. Mój ojciec i ja mieliśmy pojawić się w jednym z takich punktów 20 maja. Pracowaliśmy w rafinerii w Szöny – była ona bombardowana. Kierownikiem mojej grupy był wojskowy (kapitan), który był porządnym człowiekiem. Wymuszał dobre zachowywanie się także na pozostałych strażnikach. Do jedzenia dostawaliśmy wojskowe racje – dokładnie takie same jakie dostawali żołnierze węgierscy. Zapewniono nam podstawowe środki do zachowania higieny. Pracowaliśmy bardzo ciężko przy użyciu bardzo prymitywnych narzędzi. Ewakuaowano nas z Szöny dzień po Świętach Bożego Narodzenia. Zmienił się nasz komendant i nasi strażnicy, a my rozpoczęliśmy marsz śmierci z Szöny na wschód. Ostatnim przystankiem po stronie węgierskiej była cegielnia w Sopron. Ludzi wymieszano ze sobą, tworząc nowe grupy. Mój kolega z dzieciństwa Gyuri (George) i ja byliśmy razem w jednej grupie. Mieliśmy być wysłani do St. Anna Aigen w Austrii. Od razu po przekroczeniu granicy z Austrią poddani zostaliśmy odwszeniu. Stamtąd dotarliśmy do wioski St. Anna.

Uścisk ręki z burmistrzem
Uścisk ręki z burmistrzem

Hannah: Kiedy byłeś w obozie pracy z Sankt Anna am Aigen, jak wyglądały tam warunki? Jaką pracę musiałeś wykonywać?

Sandor: Zamieszkaliśmy tam w magazynie, który został zaadaptowany jako barak. Magazyn otoczony był dwumetrowym płotem z siatki z dwuskrzydłową bramą wychodzącą na ulicę. W samym magazynie znajdowały się dwupiętrowe prycze. Brakowało tam miejsca. Gyuri i ja spaliśmy obok siebie, razem wysłano nas do St. Anna. Praca była ciężka, mieliśmu bydować rowy przeciwczołgowe. Każdego dnia musieliśmy wykopać metrowy rów o szerokości i głębokości pięciu metrów. Ziemię wydobytą w ten sposób musieliśmy równomiernie rozprowadzać. Wszystko to działo się w zimie, w lutym i w marcu. Ziemia była mokra, zamarznięta i pokryta śniegiem. Mieliśmy tylko proste narzędzia – szpadle i łopaty. Każdy z nas musiał wykopać w sumie 2,5m3 rowu dziennie. Naszą motywacją było to, że kiedy nasza grupa wykopała rów o długości metra, mogliśmy wtedy wrócić do baraku wcześniej, sami i bez eskorty esesmanów. Moja grupa często kończyła wcześniej i mogliśmy wracać do baraku.

Hannah: Czy dostawaliście wystarczającą ilość jedzenia i wody?

Sandor: Nie, w ogóle. Ludzie zapracowywali się na śmierć. Dzienne zapotrzebowanie kaloryczne dla zdrowego mężczyzny w tym wieku wynosiło powyżej 3000kcal dziennie. Nam tych kalorii bardzo brakowało, dostawaliśmy ich dużo mniej. Dzienne wyżywienie wyglądało w następujący sposób: dostawaliśmy w sumie 2 posiłki, litr 1 płynu (zupy) i 100 gramów chleba. W sumie 200-250kcal. W ciągu pierwszych 2,5 miesiąca straciłem 1/3 swojej wagi. Nie mieliśmy dostępu do wody w ogóle. Nie mogliśmy utrzymać nawet podstawowej higieny. Nie mogliśmy się umyć ani zmienić bielizny. To wszystko powodowało różnego rodzaju choroby, ja złapałem tyfus, który był przecież śmiertelną chorobą.

Hannah: Czy mogłeś w jakikolwiek sposób kontaktować się ze swoją rodziną i przyjaciółmi będąc w obozie?

Sandor: Nie miałem takiej możliwości. Nikt z nas nie kontaktował się ze światem zewnętrznym. Byliśmy całkowicie odizolowani. Na głównej ulicy w St Anna znajdowały się 3 obozy, każdy z nich oddalony około 100 metrów od siebie, w każdym z nich mieszkali żydowscy przymusowi robotnicy z Węgier. Jako obóz traktowaliśmy nasz barak, parafię znajdującą się po drugiej stronie ulicy (wtedy też traktowano ją jako barak) i budynek lokalnej szkoły (również przerobiony na barak). Żaden z obozów w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, jak funkcjonowały inne.

Hannah: W jaki sposób odnosili się Niemcy w stosunku do więźniów?

Sandor: Nasz kontakt z Niemcami był bardzo ograniczony. Nie widywałem oficerów przy naszym baraku. Rano esesmani eskortowali nas codziennie rano do pracy, ale w ogóle nie wchodzili z nami w interakcję. Lokalni mieszkańcy zdawali sobie sprawę z tego, że byliśmy głodni i zostawiali nam paczuszki z jedzeniem przy drodze, którą dochodziliśmy do pracy. Gdy któryś z esemanów zauważył, że podnieśliśmy taką paczuszkę, to walił nas kolbą karabinu do momentu, aż nie wypuściliśmy paczki z rąk. Niemcy w mundurach byli widoczni na terenie naszej fabryki. Byli oni członkami jednego z wojskowych ugrupowań, które zajmowało się nadzorowaniem budowy rowów. W naszym baraku żyła także grupa Ukraińców (przymusowych robotników cywilnych). Mogli poruszać się dużo swobodniej niż my i generalnie ich życie w obozie było łatwiejsze. Przynosili sobie nasze posiłki z kuchni i sami je rozdzielali. Handlowałem z nimi, dając im jabłka, w zamian za zupę warzywną i tytoń. Zupę zjadaliśmy, a tytoń zachowywaliśmy na dalszego handlu. Oprócz jabłek handlowałem tytoniem właśnie.

Raz w 1945 roku wkroczyłem w ciemną dolinę. Na rozstaju dróg spotkałem Marię, księżniczkę światła. Przy jej boku była Martha
Raz w 1945 roku wkroczyłem w ciemną dolinę.
Na rozstaju dróg spotkałem Marię, księżniczkę
światła. Przy jej boku była Martha

Hannah: Jakie wydarzenia lub momenty utkwiły Ci szczególnie w pamięci z tego czasu?

Sandor: No cóż, zarówno ja i Gyuri byliśmy bardzo głodni, bez przerwy rozmawialiśmy o głodzie. Któregoś dnia rozmawialiśmy o tym, co się z nami stanie, powiedziałem mu: umrzemy z głodu. To byłaby bardzo bolesna śmierć. Wykłócałem się z nim o ukryte wiadomości, które czasami znajdowaliśmy w paczkach jedzenia. Według mnie to były słowa zachęty miejscowej ludności, abyśmy częściej przychodzili po więcej jedzenia. Po pracy, nim wszyscy wrócili do baraku, mieliśmy trochę czasu po południu, moglibyśmy więc wyjść poza ogrodzenie i prosić o jedzenie. Później wrócilibyśmy do obozu. Ale w ten sposób ryzykowaliśmy nasze życie, gdyby nas złapano poza obozem. Miałem jednak i na to odpowiedź: w takim przypadku zabiliby nas na miejscu, a ja wolałem dostać od razu kulkę niż umrzeć z głodu.

W końcu doszliśmy do porozumienia: wdrapiemy się przez płot i przejdziemy się do pobliskich wiosek. Pukaliśmy do drzwi i błagaliśmy o coś do jedzenia. W sumie od początków lutego do połowy marca zrobiliśmy taki wypad kilka razu. Udało nam się zwiększyć nasze porcje jedzenia o 600kcal dziennie. To było niesamowite. Najlepsze jest to, że jedzenie podawano nam w środku dnia, co było niebezpieczne, bo każdy mógł to zobaczyć. Wszyscy jednak wydali na to ciche pozwolenie i nikomu nic się nie stało. Oczywiście w tamtym okresie nakarmienie głodnego Żyda było ogromną zbrodnią, którą karano albo śmiercią na miejscu, albo wysłaniem do obozu koncentracyjnego. Tak samo w przypadku rozmowy z Żydem czy zaproszeniem go do swojego domu. Wypadem, który najbardziej zapadł mi w pamięć, był ten z połowy marca, kiedy poszliśmy do wioski Aigen. Zapukaliśmy do drzwi, w których wkrótce pojawiła się młoda kobieta. Szybko wepchała nas do domu, zamknęła drzwi i kazała nam zaczekać. Zostawiła nas, ale wróciła chwilkę później z dwoma kanapkami z jajkiem, jedną dla mnie, jedną dla Gyuriego. Dała nam też dwie duże szklanki soku jabłkowego, po jednej dla każdego z nas. Musieliśmy zjeść to wszystko w domu, później mogliśmy wyjść na zewnątrz i wrócić do obozu. W ten sposób popełniła niesamowitą zbrodnię, ale jej posiłek uratował mi życie.

Hannah: W swoim świadectwie podkreślasz to, że Holocaust był zjawiskiskiem dotyczącym wielu różnych miejsc i szerokości graficznych oraz to, że miał wpływ na tyle różnych ludzi. Nie mam na myśli tylko znanych obozów koncentracyjnych, ale było tyle małych miasteczek w Europie, które miały własną historię związaną z Zagładą. Kiedy zostałeś wyzwolony i odzyskałeś wolnośc, jak czułeś się z tym, że akurat Tobie udało się przeżyć?

Sandor: To było 15 kwietnia 1945 roku. Nie czułem euforii. Nie czułem tak napradę nic. Nie zdawałem sobie z powagi całej sytuacji w tamtym momencie. Byłem zupełnie odczłowieczony. Oczywiście, udało mi się przeżyć. Ale w ogóle to do mnie nie docierało. Minęło 7 dekad i dalej nie jestem w stanie Ci powiedzieć, że to do mnie dotarło. Dlaczego miałoby? Spędziłem 57 cudownych lat z moją żoną Anną. Mamy 2 dzieci, cieszymy się z nich, cieszymy się także z posiadania 5 wnuków. Ale ja cały czas uczę się być człowiekiem. Nawet teraz, kiedy rozmawiamy. Dziękuję Ci, że mnie w tym wspierasz.

Hannah: Czy myślisz, że miałeś większą szansę na przeżycie, ponieważ skierowano Cię do pracy do Anna am Aigen?

Sandor: Tak, ponieważ mieszkańcy St Anna/Aigen przyczynili się do tego, że przeżyłem. Czytam wspomnienia ludzi z Holokaustu. Wielu z nich – dziesiątkom tysięcy z nich – pomogli właśnie tacy ludzie. Ratowali oni Żydów. Osoby indiwidualne, małe grupy, ale nie w zorganizowany sposób.

Hannah: Czy wielu więźniów z Twojego obozu doczekało wyzwolenia?

Sandor: Odkąd zachorowałem na tyfus, byłem odizolowany w baraku razem z 45-50 osobami. Z tej grupy tylko pięciu z nas przeżyło. Zdrowi więźniowie musieli maszerować do Mauthausen w tak zwanym marszu śmierci, gdzie wielu z nich – w tym mój przyjaciel Gyuri – zostali wyzwoleni.

Hannah: Jak potoczyło się Twoje życie od tamtego momentu? Co się z Tobą działo zaraz po wyzwoleniu? Czy wróciłeś na Węgry?

Siatka (ogrodzenie obozu) na wschodniej części działki rodziny Lippe
Siatka (ogrodzenie obozu) na wschodniej części działki
rodziny Lippe

Sandor: 9 dni spędziłem w baraku szpitalnym, bez jedzenia i bez żadnych płynów. To, że nie dostawałem nic do picia jest przeciwstawne z ideą leczenia chorego człowieka. Każdego dnia wstawałem ze swojego łóżka i wychodziłem z baraku. To samo stało się 15 kwietnia. Zauważyłem wtedy żołnierzy sowieckich i zdałem sobie sprawę, że byliśmy uwolnieni. Wróciłem do baraku i powiedziałem o tym swoim kolegom. Powiedziałem im też, że wracam do Węgier. Zasugerowałem im, że nie powinniśmy marnować czasu i wrócić natychmiast do domu. Cała nasza piątka wkrótce wyruszyła w kierunku Węgier. Tam nawiązałem kontakt z członkami mojej rodziny, którym udało się przeżyć. Spotkałem się ze swoją siostrą w Budapeszcie, dokąd powróciła z Auschwitz. To ona mi opowiedziała, że nasza matka tam zginęła. Później odnalazłem ojca i kilkoro kuzynów w mieście Oradea w Rumunii. Tam właśnie powróciłem do zdrowia. 2 miesiące później wróciłem do Budapesztu, gdzie rozpocząłem swoje nowe życie. Życie po wyzwoleniu.

Hannah: Ostatnie pytanie: opowiedz mi o Twojej znajomości z kobietą, która uratowała Ci życie, panią Lackner, i o samym mieście Anna am Aigen. To niezwykle ciekawe.

Sandor: W 60 lat po byciu wyzwolonym w obozie St Anna, zdałem sobie sprawę z tego, że mnie tam uratowano, a ja za to nigdy nie podziękowałem. W 2005 roku nawiązałem kontakt z burmistrzem miasta Josefem Weinhandlem i przybyłem tam, aby podziękować za uratowanie życie. Wtedy dowiedziałem się, że jedna z mieszkanek miasta cierpi z powodu wyrzutów sumienia; pomagała ona Żydom w 1944 i w 1945 roku, ale żaden z nich nie skontaktował się z nią po wojnie. Dla niej znaczyło to, że jej pomoc nie była wystarczająca i że powinna zrobić więcej. Żona burmistrza, Elisabeth Weihhandl, zaprowadziła mnie do domu tej kobiety. Opowiedzieliśmy sobie nawzajem nasze historie i okazało się – co później zostało potwierdzone – że jest ona kobietą, która dała nam kanapki z jajkiem. Nazywała się Maria Lackner. Nasze spotkanie odmieniło nasze życia. Zrzuciła ogromny ciężar ze swoich ramion. Jej pomoc w 1945 była bardzo ważna, uratowała mi życie, a ja wróciłem do niej, aby jej podziękować. Przez pięć następnych lat regularnie ją odwiedzałem, aż do jej śmierci. Jej życie było szczęśliwe. Do dzisiaj czasami przyjeżdżam do St Anna. Weinhandlowie niejako adoptowali mnie jako członka swojej rodziny, a ja ich. Teraz opowiadam swoją historię w różnych miejscach. Przede wszystkim spotykam się z dziećmi w szkołach. Wielu z nich mówi mi później, że dzięki mojej historii coś zmieniło się w ich życiu. Mogą się ode mnie wiele nauczyć. To niezwykle ważne, ponieważ Naziści zorganizowali największe ludobójstwo w historii. Zabili 6 milionów Żydów. Musimy o tym opowiadać, aby wyciagnąć z tego wnioski.

Aby dowiedzieć się więcej, odwiedź stronę internetową Sandora: www.stanna2005.com

Wywiad przeprowadzony przez Hannah Wilson